(Nie)Wymarzona

Panda. Mój ukochany szczeniaczek, mój wrzód na dupie, pies, który potrafi wbić mnie w niesamowitą dumę, a sekundę później sprawić, że łkam w łazience i rozważam przeprowadzkę. Na pustynię. Boże, Boże, co ja zrobiłam.

Ale jak to, zakrzykniecie, ten pies z hodowli, wymarzony, wyczekany, ma jakieś problemy?! Ano ma. Co ciekawe, choć nie wystrzegłam się błędów, uważam, że wiele pandowych odpałów wynika z jej struktury emocjonalnej, nie ze sposobu prowadzenia.

W zasadzie wszelkie niedogodności życia z Pandą można sprowadzić do jednego słowa – emocje. Nie, przepraszam. EMOCJE.

Zdecydowanie tym emocjom nie pomógł fakt, że chwilę po wzięciu szczeniaka musieliśmy się rodzinnie mierzyć z istną plagą klęsk różnorakich, która sprawiła, że początek roku 2017 przywitałam w stanie cokolwiek żałosnym. Moje samopoczucie odbiło się nawet na Sheali, a co dopiero mówić o poznającym świat smarku. Mogłam sobie piszczeć i ciumkać do woli, w zasadzie wszystko, co poznała w okresie mojego psychicznego rozbicia, do dnia dzisiejszego spotyka się, w najlepszym razie, z głęboką niechęcią. Naprawdę się starałam, ale najwyraźniej, szczenię skojarzyło kłamliwy entuzjazm pańci zupełnie inaczej, niż pańcia sobie życzyła – no i klops.

Panda z natury jest pieskiem bardzo emocjonalnym, by nie rzec, histerycznym. Do tego uważa, że zawsze spoko podrzeć ryja; już jako małe szczenię awanturowała się wniebogłosy w obliczu każdego napotkanego problemu. Schody? Drzyj się ile sił w płucach, to nic, że są raptem dwa, a obok jest górka ziemi, po której spokojnie możesz zejść. Pada deszcz? Jest jedno wyjście z tej sytuacji – kruszący szkliwo skowyt. Uderzyłaś się w łapkę wchodząc do klatki? No, to już śmierć puka do drzwi, przywitaj ją jazgotem, może ucieknie.

Obecnie głównym problem Pandy jest jej stosunek do psów i jakaś absurdalna lękliwość dająca o sobie znać w momentach, do których zupełnie nie umiem znaleźć klucza. Boi się na przykład kawałka chodnika między pizzerią a weterynarzem do którego nie chodzimy, więc nie ma prawa go z niczym kojarzyć. O ile z psami robimy duże postępy i mogę nawet zabrać wilczastego wariata na seminarium i zostawić na siad w grupie (ale biada psu, który zerwie i podejdzie ), o tyle te dwadzieścia metrów udało mi się przepracować na tyle, że pies idzie wydygany przy mnie zamiast miotać się jak małpa na sznurku.

Kłopotliwą sprawą jest też wspomniana wokalizacja, niezmiennie związana z całkowitym brakiem systemu chłodzenia mózgu. Pocieszam się tym, że to jeszcze gówniara i choć teraz wcale nie jest cacuchnie, to wcześniej było tragicznie, a z każdą cieczką wydaje się przybywać szarych komórek między rudymi uszami. Ponadto żelazna konsekwencja i anielska cierpliwość przynoszą zauważalne efekty, ale niech raz ktoś popuści – Pandzioszek zapamięta i wykorzysta.

Uczciwie przyznam, że trudno mi czasami przestawić się z codziennego trybu „Sheala” na tryb bojowy „Panda”. Z tym psem nic nie jest „po prostu”. Nawet zakładanie obroży trzeba obwarować komendami i egzekwować je, choćby nie wiem co. Pozytywne szkolenie mogłam sobie wsadzić. Przykładowo, jeśli nie zapanuję nad sobą i przy „ej” nachylę się nad Shealą, mam spore szanse, że ją zgaszę, zniechęcę i będę miała smutnego pieska. Nachylenie się nad Pandą, presja ciałem i ryknięcie „ej” stawiało mnie w obliczu rozluźnionego, uśmiechniętego psa, który pytał „no co?”. Piekielna kombinatorka po jednym spacerze załapała, że nagradzam ciszę, w związku z czym zdarzało się jej rozszczekać na nicość i patrzeć, czy wyskakuję z parówek. Mówiąc krótko, jeśli chciałam czegoś Pandzie zabronić, musiałam zagrozić jej śmiercią lub kalectwem i sprawić, żeby uwierzyła.

Kocham strasznie tego dekla i aż trudno mi uwierzyć, że jesteśmy razem niecałe półtora roku. Tyle się wydarzyło – również w życiu pozapsim – tyle zdążyłam zepsuć i naprawić, tak bardzo zmieniło się moje podejście do szkolenia, że dziwię się czasem, że mój czarnoszary piesek ma raptem siedemnaście miesięcy a nie dziesięć lat.Sprawy nie ułatwia fakt, że mam z moją szaloną suką wiele wspólnego w kwestii konstrukcji psychicznej. Ogólnie można powiedzieć, że gdybym była psem, to pewnie byłabym Pandą – nie najlepiej, prawda? Cóż, podobno najwięcej uczymy się na tym, co dla nas trudne, więc kto wie, może jeszcze zostanę mistrzem zen.

Reklamy