O anielskich aniołach adopcyjnych

     Kto zna mnie nieco bliżej, ten wie, że z uporem godnym lepszej sprawy katuję się pewnym fanpejdżem adopcyjnym. Wściekam się, zżymam, liczę na jakiś pędzący meteoryt, który skutecznie zakończy moje męki, po czym… odświeżam stronę. Bóg mi świadkiem, nie wiem, czemu to robię, ale robię.

     Ale o cóż ci, do cholery, chodzi, zapytacie? Ratują pieski, znajdują i nowe domy, zajęcie chyba chwalebne? Cóż, jeśli sugerować się komentarzami zebranej tam społeczności, to chwalebne, a jakże, właściwie to prowadzące na ołtarze wszystkich możliwych i niemożliwych religii, i to w trybie natychmiastowym.

     Wyjąwszy podłych hejterów – no wiecie, tych co nie serduszkują, nie wysyłają gifów z całuśnymi pieskami ani, o zgrozo, darowizn na kolejne stworzenie z kręgosłupem w kształcie korkociągu, a czasem to nawet ośmielą się wyrazić nieśmiałą wątpliwość w kwestii słuszności ratowania (ogromnym nakładem czasu i pieniędzy) mało adopcyjnych psów – lud zgromadzony pod każdym ckliwym filmikiem o szczeniaczku, który prosi o pieniądze, bo „chce żyć!”/”lubię swoją łapkę/ogonek/wujwico”, jest zgodny:

 

„Jest Pani Aniołem!”

 

 

Tja.

     Rzecz prosta i oczywista, każdy byt na tyle pozbawiony serca (za to, prawdopodobnie, obdarzony mózgiem), żeby zanegować anielskość wzmiankowanych świętości jest natychmiast srodze gromiony, a im bardziej gromiący ma w tyle gramatykę, ortografię i kulturę osobistą, tym więcej mu anielska społeczność wysyła serduszek i łapek w górę.

 

„A ty się sama uśpij, podła babo!”

 

     A ileż tęczowych mostów, aniołków, zniczy i nie wiem sama czego jeszcze będzie podskakiwać, mrygać i glitterować w komciach, kiedy taki szczeniaczek bez połowy narządów jednak, olaboga, o rety, nikt się nie spodziewał, zejdzie z tego łez padołu! Przynajmniej zaznał troski i umarł kochany.

 

p8jls

 

     Wstrętne babsko ze mnie, ale uważam, że ratowanie zwierząt mających w perspektywie życie krótkie i… hmmm… nazwijmy to „medycznie zawiłe” nie jest przejawem dobroci, a głupoty kwalifikującej do odstrzału. Ale jakże to, ryczy capslockiem legion anielski z pochodniami w dłoniach, mamy nie ratować bo drogo? Dziecko uśpisz, jak kataru dostanie? On miał takie okropne życie, zasługuje na chociaż tydzień miłości (tam szczegół, że mu zmutowany kręgosłup narządy wewnętrzne gniecie)! To niesprawiedliwe!

     Ech.

Teraz, drogie dzieci, proszę się skupić – ale tak naprawdę, naprawdę. Uwaga… Gotowi? No to jazda:

 

Świat nie jest sprawiedliwy.

 

     Szczeniaki umierają, stare psy umierają, miłość nie wynagrodzi im życia w bólu, a często najlepszym co możemy zrobić dla tego stworzenia, którego spojrzenie kraje nam serce, to skrócić jego cierpienia.

     Smutne, ale prawdziwe. Siedząc w adopcjach musisz dokonywać wyborów używając mózgu, nie serca. Serce jest zarezerwowane dla tych, co własnymi środkami ratują własne – CHCIANE – psy (a i to z użyciem szarych komórek jednak), którym zapewnią dobrą opiekę.  A ten szczeniaczek przywieziony w stanie agonalnym, ratowany za 300 złotych dziennie, wcale nie jest zdrowy zdrowiuteńki tylko dlatego, ze już nim padaczka nie miota po ścianach –  o czym ratownicy zdają się nie wiedzieć, rozkoszniaki moje. I bardzo się wszyscy pilnują, żeby nie wspomnieć o tym, że czaszka zmieniona w chrupki kukurydziane może za jakiś czas zrobić „A kuku!” Najwyżej ktoś się kiedyś zdziwi. I wiecie co? Jak uśpi psa, którego codzienna sterta prochów zmienia w warzywo, to znaczy, że zły to człowiek był.

     Fascynuje mnie emocjonalny haj, na którym zdają się jechać ludzie w tej internetowej społeczności. Buziaczki, serduszka, aniołki! Zniczyki, wpłaciki, bazarki! Nie kupuj-adoptuj, sterylizuj wszystko jak leci, kochaj – bo miłość wszystko pieskowi wynagrodzi, wychowa go, poukłada i wyleczy. I nie myśl, na miły Bóg, nie myśl i nie analizuj, a już na pewno nie mów głośno o tym, że za te tysiące władowane w psa, który nie ma szans na normalne życie można by ogarnąć kilka fajnych, młodych, adopcyjnych psów. Nie rób tego, poważnie. Logika to zło w anielskim świecie adopcyjnym.